Borysew, Zoo Safari 3/12

mini-krawkajelea-aw-huberta15-08-2009

Są takie atrakcje, których nie znając polecamy. Bo mamy w ręku folder, który znaleźliśmy gdzieś przypadkiem i tak nas zauroczył, że aż wchodzimy na stronę internetową danej atrakcji. A tam? Szał ciał … ludzie!…. cuda!… Interaktywna mapa, piękne opisy okazów, ścieżki, szlaczki, duperele.
Szkoda tylko, że na miejscu do pełni szczęścia brakuje nam … samej atrakcji.
Jako matka mam dość ! Zgłaszam protest! Dość robienia dobrej miny do złej gry. Dość udawania przed dzieckiem, jaka to frajda i jak nam jest tu fajnie! Od dziś rozpoczynamy akcję „Sprawdzimy Twoją ofertę”. Zaczynamy od zoo safari w Borysewie.

Fatalnie z naszej strony, że moje dziecko zna się na mapach i wychodzi z założenia, że jak coś jest na niej naniesione, to istnieje naprawdę (bogata wyobraźnia Małego Turysty nie obejmuje ‘fikcji literackiej’ projektanta ulotek). Fatalnie też z naszej strony, że lubimy się szwendać i mamy za sobą kilka parków odwiedzonych, co daje nam pewne porównanie. Fatalnie też z naszej strony, że mamy narzędzie (artykuły), którym potrafimy sie posłużyć.

Ze strony Organizatora, fatalnie, że nie postarał się bardziej!

Sierpień, wciąż trwa szczyt sezonu wakacyjnego. Weekend. W biurze w centrum miasta wpadła mi w ręce ulotka Zoo Safari. Od niedawna jesteśmy zmotoryzowani i zdeterminowani na odkrywanie atrakcji woj. Łódzkiego. Na ulotce strona internetowa. Cudo! Sami sprawdźcie zoosafari.com.pl
Ze wspomnianej ulotki dowiadujemy się (cytaty z ulotki „dosłowne” w nawiasach moje komentarze):
- „Przygoda w sercu Polski” (artykuł niech będzie całym komentarzem)
- „Podczas dwugodzinnej wyprawy przez słoneczną krainę, można podziwiać najgroźniejsze drapieżniki świata: Białe i Złote Tygrysy (może kraina jest zbyt słoneczna i należało przewidzieć zadaszenie nad wybiegiem dla tygrysów, które w upale znalazły schronienie pod murem, jedyne zacienione miejsce, mało widoczne dla zwiedzających), jak i łagodniejsze zwierzęta (…)” ( tu się te zwierzęta wymienia)
- „W specjalnie utworzonym Mini Zoo i Krainie Koni, najmłodsi mogą przejechać sie na miniaturowych Kucykach Szetlandzkich i Wielbłądach ( to jedna z większych porażek tego miejsca. Wielbłąda widzieliśmy i owszem, jeden leżał w cieniu w miejscu ogrodzonym siatką, drugi również za siatką, ale nie sposób było do niego dotrzeć, bo ścieżka kończyła się tuż za tym, jak zaczynało się ogrodzenie, kucyka również widzieliśmy, nawet stanęliśmy w kolejce, bo Filip miał straszną ochotę sie przejechać. Kiedyś uczyliśmy się jeździć konno. Ale po 20 minutach stania w prażącym słońcu nie doczekaliśmy sie nikogo z obsługi. No chyba, że tego biednego kuca, może obsłużyć kto tylko ma na to ochotę. Wsadzam Pacholę i ciągnę za „sznurek”. Oczywiście, że dam radę. Ale kto bierze wtedy odpowiedzialność w razie wypadku? Kuc był osiodłany i przywiązany do zagrody w Mini zoo) pobawić sie i przytulić Świnki Wietnamskie (może lubią się przytulać, ale spały, więc kulturalnie nie budziliśmy), Kózki Miniaturki (ratowały honor Mini Zoo, były wszędzie, nawet kilka sztuk, bardzo sympatyczne i słodkie) czy Alpaki (leżały, nie tykaliśmy zwierząt, które na pierwszy rzut oka źle znoszą upał) – a wszystko pod czujnym okiem naszych opiekunów (ostatnie zdanie potraktować należy jako kiepski żart organizatora. Żadnego opiekuna nie widziałam. Staliśmy w Mini Zoo dobre 20 minut. Nie było nikogo z obsługi, kto mógłby w jakikolwiek sposób poradzić dzieciom ganiającym kozy, jak się zachować wśród zwierząt. Ja sobie to wyobrażałam a’la mini zoo w Łodzi, gdzie za określoną kwotę kupuje się woreczek pełen przysmaków dla zwierząt. One się łaszą, wiadomo, ale dzieciaki maja frajdę i to ma sens.)
- „Zapraszamy również do Figlarni – magicznej krainy wyzwań (ok, to największa atrakcja dla dzieci naszym zdaniem! Jest też jeszcze jedna, ale o niej za chwilę. Figlarnia to zestaw, za który płacimy jednorazowo 8 zł. Normalnie dmuchana zjeżdżalnia, ta wielka, kosztuje od 5,00 do 10,oo zł kilka minut. Tu za 8 zł, bez limitu czasu korzystamy ze wszystkiego: trampolina, gąsienica, drewniany multimebel czyli zestaw zjeżdżalnia, wspinanie i inne takie, na pewno wiecie o czym mówię. Dziecko dostaje pieczątkę na rękę, dzięki której, nawet jeśli wyjdzie z placu zabaw, może do niego wrócić nie płacąc więcej. Płacimy tylko za dzieci, dorośli na teren placu zabaw wchodzą bezpłatnie. Rozczarowanie? Jeden pan pilnujący porządku na wszystkich ustawionych atrakcjach. To jest wręcz żenujące. Dlaczego? Bo to inne dzieci nas informowały, że na trampolinie może przebywać tylko troje na raz. Nie obsługa, czy wywieszona tabliczka. Ale dzieci, które same skądś się dowiedziały. Do gąsienicy, żeby wejść trzeba było użyć siły. W środku jest tor przeszkód. Żeby otworzyć wejście, musiałam głośno „poprosić” jakiegoś tatusia o pomoc. Zjeżdżalnia, faktycznie stał Pan i pilnował porządku, żeby za dużo dzieci naraz się nie wspięło, ale ten sam Pan miał do ogarnięcia i całą resztę placu zabaw. Kiedy tylko się oddalał, robił sie niezły kocioł. Wiadomo, jak te na dole szybko nie zejdą z drogi, to te z góry lecą na nie. Bardzo nie lubię takich sytuacji, bo nie wybieram się z własnym dzieckiem na wycieczkę, żeby sztorcować czy upominać inne dzieci. Nie czuję sie upoważniona do „dyrygowania ruchem” kiedy płacę za atrakcję i spodziewam się, że jest ona należycie zabezpieczona i obsługiwana. W osiedlowej piaskownicy, to swego czasu robiłam parkingi i tory przeszkód dla kilku kilkulatków. Z własnej inicjatywy. Ale tu inicjatywa należy do podmiotu gospodarczego odpowiedzialnego za całe zoo safari). Oferujemy zajęcia praktyczne (w tym miejscu są wymienione: czyszczenie koni, karmienie zwierząt, a ja sie pytam GDZIE TA OFERTA??? Gdzie te konie można czyścić, karmić zwierzęta??)

Wg cennika na ulotce, przejażdżka na wielbłądzie 10,00 zł. To było największe rozczarowanie Filipa. Wejście 15 bilet normalny i 10 ulgowy.

Filip jako już duży i samodzielny człowiek, prosił o umieszczenie w artykule takich oto informacji
nie podobało się:toaleta
brak przejażdżki na wielbłądzie
brak łódki, która była narysowana na mapie (na małym stawie z pomostem), a ktorej nie bylo na miejscu.
podobało się:karmienie zwierząt przez siatkę – największa atrakcja, zaraz po Placu Zabaw. Teoretycznie zabroniona, wiszą wszędzie tabliczki zakazujące. Jednak brak obsługi pozwala na pewne odstępstwa. Zresztą, zwierzęta były przymilne i bardzo delikatne. Dzieci wkładały ręce za siatkę i głaskały mini krówki. Największe wrażenie zrobił na nas Jeleń św. Huberta. Jak tylko zobaczył Filipa przy siatce, dostojnie podszedł w jego stronę. Nakarmiliśmy go trawą.
Filip bał się, że kiedy opiszemy tę sytuację, właściciel Zoo safari zabroni dzieciom tej przyjemności. Mam nadzieję, że to nie nastąpi.
Moje plusy:
Plac Zabaw, a właściwie jego cena.
Przestronność, zoo jest naprawdę duże, a brak zewnętrznego ogrodzenia sprawia wrażenie jeszcze bardziej przestronnego.
Świetna strona internetowa, dobrze skomponowane ulotki. Rzucają się w oczy wśród pozostałych reklam, leżących na tym samym stole w poczekalni.
Duży parking

Minusy:Będę powtarzać do znudzenia! Brak obsługi, brak informacji, zero organizacji. Czuliśmy sie jak goście zaproszeni na obiad i pozostawieni sami sobie. Nie potrzebujemy, żeby ktoś nas prowadził za rączkę, damy sobie radę sami. Ale fajnie by było, gdyby oprócz tabliczek ze strzałką wskazującą kurs zwiedzania, było coś jeszcze. Brak opiekunów w mini zoo i na placu zabaw to karygodne niedopatrzenie. A gdyby się coś stało? Zwierzę przywiązane na sznurze przy wędzidle do drewnianego pałąka, zostawione bez opieki.
Zamiast toalet TOY TOY. Czy to żart? Czy może to prawdziwe safari, tylko ja nie zrozumiałam scenariusza tej eskapady? Tego rodzaju toalety to ja akceptuję na placach budowy, na imprezach „masowego rażenia” jak koncerty na świeżym powietrzu, czy zjazdy różnego rodzaju i zloty. Nie akceptuję w miejscach publicznych, które z założenia przeznaczone są dla dzieci.
Toalety te, mają to do siebie, że są niehigieniczne i niezdatne do użytku, przy temperaturze pow. 20 stopni C. Otworzyłam drzwi nawet, ale Filip zdecydowanie odmówił wzięcia udziału w tym eksperymencie, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru go przekonywać, że nie ma racji. Inne dzieci korzystały. Podziwiam.
Niespełnienie obietnic z ulotki. Zawiedziony 5 latek, to wielki smutek dla rodzica. Nie po to jechaliśmy taki kawał (z miejsca naszego zamieszkania to ok. 50 km w jedną stronę, godzina jazdy) by skorzystać z placu zabaw za 8 zł.
Brak drogowskazów na trasie. Nie mamy doświadczenia w wypadach za miasto. Na stronie internetowej jest mapa dojazdu, nie nauczyłam się jej na pamięć, moja wina! Że jej nie wydrukowałam, też ze mnie gamoń. A wystarczył znak informujący, żeby skręcić w odpowiednim momencie w lewo, ustawiony na drodze z Poddębic.

Nie myślcie sobie, że Disneyland nas rozpieścił. Byliśmy w Bałtowie, Kołacinku, a nawet w Arboretum w Rogowie. Jednak to co zastaliśmy w Borysewie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. W tym roku zrobiliśmy ok 50 km w Karkonoszach. Spaliśmy w schroniskach, na plecach nieśliśmy cały dobytek, łaziliśmy w deszczu, w gęstej jak mleko mgle. Znamy smak przygody.

Borysew odwiedzimy może jeszcze kiedyś. Kiedy Właściciel postanowi przyjrzeć się swoim atrakcjom oczyma dziecka. Dajcie znać kiedy sprawdzicie i uznacie, że nie mieliśmy racji.

Ocena:
Atrakcje 1,5 (za plac zabaw i mozliwość karmienia zwierząt przez siatkę)
Obsługa 1 (za obsługę przy wejściu do Figlarni, Pani w kasie zaniża poziom)
Sanitariaty 0 (!!!)
Organizacja 0,5 (za parking i stronę internetową, poza tym minusy za brak oznakowania na trasie, co poza walorami naprowadzającymi, sprawia też frajdę dzieciom, budujemy napięcie!)

SUMA PUNKTÓW: 3
Na pytanie czy jeszcze tam wrócimy, Filip odpowiedział: “Może kiedyś, ale nie musimy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>